paradise

















Długi weekend. Sytuacja jak zwykle ta sama, nad niebo nadciągają chmury, robi sie ciemno i zimno. Słońce dopiero w poniedziałek.

Tak jest i tym razem. Na szczęście nigdzie nie wyjechaliśmy, oddaliśmy tylko dzieciaki na wiejskie wakacje a sami zrobiliśmy sobie miejski wypoczynek. Zaliczyłam foodtrucki (muszę pamietać, by po hamburgerze nie szukać tam nigdy niczego słodkiego bo znajduję tylko wielkie naleśniki z toffi i sosem klonowym a mój brzuszek potem umiera cały dzień), pływałam promem z panem z siwą brodą, śpiewałam morskie piosenki, byliśmy na weselu urządzonym przez Tymona i Kędziora w Pomoście 511 i choć oczywiście wciąż lał deszcz większy lub mniejszy, to weekend uważam za udany. Mieszkanie posprzątane, Twin Peaks w połowie.
W tych najzimniejszych momentach nie poradziłabym sobie na dworze bez odpowiedniego ekwipunku, w którego skład wchodziła czapka, cieplejsze buty, bluza z kapturem i podstawowo na taką pogodę przeciwdeszczówka The North Face, którą dziś widzicie.
Foty zrobiliśmy tuż przed deszczem, gdy bardzo mocno wiało, w centrum miasta, pod Trasą Łazienkowską. I gdyby nie to, że widziałam na własne oczy nigdy nie uwierzyłabym w to, że w zaschniętym błocie pojawiły się tam ślady saren. Kawałek miejskiego raju pod trasą. Nowa Zelandia rzecby można;)
Fajnie jest w tej Warszawie. Miejska dżungla, dosłownie.

Kurtka - The North Face via Domodi.pl, spódnica - Dream Nation // TRIBE

Sprzedaję kilka rzeczy - KLIK

Zdjęcia - Łukasz Turek - lukaszturek.com, obróbka - ja

Etykiety: